CZAROWNICA PRAWDĘ CI POWIE...?

Obudziłem się jak zwykle w godzinie duchów… wchodząc do kuchni poczułem zapach świecy, jakby przed chwilą zgaszonej. Pomyślałem - źle zgasiłem papierosa, ale … to nie było to. Za oknami też spokojnie. Po prostu nic. A może śniłem? Wracając z drugiego pokoju nie czułem już niczego. W tym domu coś jest naprawdę. Duchy? Czy tylko moja wyobraźnia? Nie tylko ja to odczuwam, choć chyba najbardziej, mimo branych leków „na szczęście” – antydepresantów. Boję się, co będzie się ze mną działo po odstawieniu. Czy znowu będę odczuwał więcej i widział w kartach za wiele? Zastanawiałem się również, czy zdarzenie nie było efektem rozmowy z „czarownicą”, patrzeniem znowu w karty (kiedyś sam stawiałem – już nie będę)?  Tak, byłem u czarownicy, przy okazji osób z ważniejszymi sprawami. Tym razem podszedłem do tego bardzo sceptycznie. Jak obiecałem sobie, tak milczałem i słuchałem, a na zadawane pytania nie odpowiadałem. Wierzę w karty i zdolności parapsychologiczne. Uważam, że każdy je ma, jednak postęp cywilizacyjny niszczy w nas intuicję i prawdziwą naturę. Jednak wiem, że niektórzy wróżbiarze uczą się opisywała tarota i będąc dobrymi – niekoniecznie wykwalifikowanymi – psychologami potrafią tak rozmawiać, że mówią, co chcemy usłyszeć. Obserwując „czarownicę” i patrząc w karty, zrozumiałem, że mówi prawdę. Nie mogła nic o mnie wiedzieć, od nikogo. Pominę treść jej wypowiedzi, ale wspomnę o czymś innym… Zadając konkretne pytanie o zdrowie, zastanawiałem się, co zrobi, tym bardziej, że rozkładała karty klasyczne? Nie pomyliłem się. Zaczęła ze mną rozmawiać o wszystkim, byle nie musieć rozłożyć tych kart. Nie zdziwiła mnie tym. Zrobiłbym podobnie, widząc wcześniej w kartach, coś niedobrego. Zresztą, wczoraj w ciągu dnia dowiedziałem się od znajomej, że specjalnie nie rozkładała kart dalej. Rozsądnie, ja też bym nie stawiał. Dlatego nie grywam w karty, czasami mając je w rękach, szybciej je odkładam. Parzą…

Ktoś powie, że to autosugestia i szukanie czegoś, co nieznane i tajemnicze. Być może, ale kto chociaż raz nie myślał o duchach, ufo czy innych zjawiskach paranormalnych. Ja wierzę w magię – dobrą i złą. Magia jest w nas samych, choć każdy może inaczej to określać. A może to po prostu kolejny krok w samorozwoju? Chęć bycia kimś więcej niż tylko człowiekiem? No, właśnie … pojęcie człowiek. Przecież to my – ludzie wymyśliliśmy tę nazwę, jak wiele innych. A czy rzeczywiście jesteśmy człowiekiem? Znowu pytania, na które nie znam odpowiedzi i w sumie ich nie oczekuję, starając się zrozumieć sens wszystkiego. Cóż, uwielbiam myśleć, analizować itp.. Muszę jednak postarać się nad tym zapanować i nie przesadzać. Tak jak z kolejnym nałogiem – internetem…

Dzisiaj Dzień Matki!!!

Kochana Matulo! Choć nie sądzę, byś to przeczytała i mimo złożonych Ci życzeń, składam Ci jeszcze raz zdrowia. Ono jest najważniejsze, bo jak sama wiesz, problemy z nimi związane wiele zmieniają a wizyty u lekarzy i w szpitalach są bardziej męczące, niż Twój ból ręki, kręgosłupa i objawy innych chorób. Gratuluję Ci wieku i tego, że wychowałaś trzech synów i teraz włączasz się w wychowywanie wnuków, mimo swoich wcześniejszych zapewnień o absolutnym nie angażowaniu się w pomoc. Brak cierpliwości to Twoja wada, jednak z upływem czasu widać różnicę i pracę w tej sferze. Wytrwałości w dążeniu do celu, bo masz więcej marzeń niż inni, a jesteś wzorem dla reszty w osiąganiu czegoś, co wydawało się niemożliwe. Jakieś dwa lata temu pokazałaś wszystkim, że kobieta po pięćdziesiątce potrafi zaangażować się i zdobyć tytuł magistra. Zawsze byłem z Ciebie dumny, chwaląc się młodą Matką, ale wtedy udowodniłaś wszystkim, mimo momentów niewiary w siebie, że postawiłaś na swoim i jesteś lepsza od mnie, pisząc i broniąc pracę magisterską o tematyce trudnej i nieznanej Ci z doświadczenia zawodowego. Wychowałaś trzech synów, z który każdy coś osiągnął i dalej w nich wierzysz, nie dzieląc na lepszych i gorszych, każdego traktując tak samo. Jest wzorem dla innych Matek – pokazałaś jak Matka walczy o syna, widząc mój świat pełen alkoholu i narkotyków a później świat mojego kolejnego „przyjaciela” do końca życia – HIV. Byłaś przy mnie codziennie, gdy wszyscy nie wierzyli, że przeżyję. Zakładałaś kitel i maskę na twarz i jak najdłużej byłaś ze mną, nie patrząc, że mam gruźlicę. Pamiętam, mając gorączkę robiłaś mi okłady na czoło i okładałaś lodem danym przez pielęgniarki. Przynosiłaś dodatkowe jedzenie, karmiąc mnie, bym nabrał szybko sił. Wychodziłaś na spacer, prowadząc mnie pod ramię z inną osobą… Dziękuję Ci. Żyj długo i miej pewność, że kiedy przyjdzie czas będę przy Tobie, jeśli będę żył. Kocham Cię, nawet, jeśli czasami nie potrafimy się dogadać.  

Życzę wszystkim Matkom wszystkiego najlepszego i wszystkim miłego weekendu.

Nieufny



Tagi: rodzina, miłość, magia, duchy, sen, czarownica, tarot, aids, matula
Tagi: rodzina, miłość, magia, duchy, sen, czarownica, tarot, aids, matula
nieufny 2012-05-26 10:59:55
skomentuj (9)
NIC NIE WIEM... życie, praca, dom... czy to wszystko ma sens?

„Jesteśmy firmą rodzinną. Organizujemy festyny i różne imprezy. Czy Pan się odnajdzie w tej sytuacji?” – usłyszałem pytanie.

Jedno z wielu wczoraj zadanych na spotkaniu o pracę. Ale od początku…

Od dawna szukam pracy. Na kilku rozmowach byłem. Na jednych propozycjach mi bardzo zależało, na innych mniej. Teraz pojechałem, bo … umówiłem się. Nie spodobała mi się forma kontaktu ze strony potencjalnego pracodawcy – korespondencja by mail, ale w taki sposób jak rozmowa na gg czy innym komunikatorze. Dziwne, tym bardziej, że w niedziele późnym wieczorem dostałem maila z propozycją spotkania dnia następnego o dziewiątej rano. Odmówiłem, proponując spotkanie we wtorek. Mieli numer komórki i zamiast zadzwonić pisali… Pojechałem bez przekonania, nie nastawiając się na nic i myślę, że rozmowa wiele nie wniosła i mam marne szanse. Jednak zdziwiła mnie również rozmowa podczas spotkania i pytania, jakie usłyszałem. Rozumiem sprawdzanie umiejętności i poznanie moich zalet i wad, choć tego ostatniego kompletnie nie rozumiem, ale pytania o życie osobiste …? Zrobiwszy zadania i opowiedziawszy o swojej karierze zawodowej, musiałem wymienić swoje zalety i wady. Qrwa! Byłem już na tylu spotkaniach i w dalszym ciągu mam z tym problem, a ponoć te odpowiedzi mają duży wpływ na decyzję pracodawcy. Siedziałem i dukałem, nie wiedząc, co powiedzieć. Zero przygotowania. Pustka w głowie… Po wyjściu ze spotkania potrafiłem wymienić wiele cech charakteru, ale wtedy… i nie był to stres. Eh. Męczyłem się podczas tej rozmowy, chyba nie potrafiąc przekonać do siebie właścicielki firmy. W CV wyraźnie napisałem gdzie i na jakim stanowisku pracowałem. Wysyłając aplikację dołączyłem zakres wykonywanych obowiązków, by pracodawca widział, co robiłem. Powiedziałem, że miałem kancelarię a w odpowiedzi usłyszałem pytanie: „Czy potrafi i sporządzał Pan bilanse?”. Ja mówię A, a ona mówi B. To ma być rozmowa? W pewnym momencie zadała pytanie: „Jesteśmy firmą rodzinną. Organizujemy festyny i różne imprezy. Czy Pan się odnajdzie w tej sytuacji?”. Trochę byłem zaskoczony tym pytaniem, nie rozumiejąc, jaki to może mieć wpływ na moją pracę. Szczerze odpowiedziałem: „Nie wiem, ale chyba tak, choć przyznaję – nie mam żony i dzieci”. Po wypowiedzeniu tych słów, czekałem na kolejne pytanie z półki „dlaczego nie mam dzieci i dlaczego nie mam żony?”. Już byłem w sytuacji, kiedy pracodawca zapytał mnie, jakiej jestem orientacji – zadała je pani prezes dużej warszawskiej firmy, z jakieś 10 lat temu. Całe szczęście nie padły kolejne pytania, choć wywnioskowałem, że właścicielce nie bardzo pasowała ta sytuacja. Szczerze mówiąc również za bardzo nie widzę się w takiej sytuacji, choć nie powinienem mieć problemu z organizowaniem czy uczestniczeniem w festynach dla dzieci. Wszystkie zadane pytania wydały mi się dziwne, tendencyjne (?), wyraźnie wskazujące na charakter poszukiwanej osoby na stanowisko księgowego. Po udzieleniu odpowiedzi poczułem, że nie jestem tą osobą, którą poszukują, choć spełniam wszystkie warunki.

Po tej rozmowie wpadłem w zadumę…

Dalej nie wiem, co chcę robić. Co robić, mając doświadczenie w pracy w księgowości? Czy rzeczywiście dalej chcę i powinienem być księgowym? Co ja naprawdę chcę? Myślałem, że po dwóch latach „stawania” na nogi, odnalazłem się, choć trochę i znalazłem miejsce w życiu? Wychodzi, że NIE! Albo szybko się nudzę, albo tłumaczę się, by nie robić czegoś, albo … ja nawet tego nie potrafię opisać, powiedzieć, wyjaśnić. Najgorsze, że zaczynam dostrzegać brak motywacji do działania, życia. Frustrują mnie czynności dnia codziennego, ciągle te same, powtarzające się… Minęła euforia miłości, która zmieniła się w przyzwyczajenie, akceptacje…? Tak samo z pisaniem bloga czy książki… zaczynam i … staję w miejscu, zastanawiając się, jaki ma sens wszystko? Bałagan, kolejny bałagan w życiu… Znowu musi się coś stać złego, bym zaczął pracować nad sobą? Ja naprawdę jestem chyba masochistą życiowym… albo kimś innym.

Powinienem dać ogłoszenie: „Poszukiwana iskra życia, która nada sens mojemu życiu i pozwoli mi w końcu się odnaleźć…” albo jak to Pan B. mówi: „Misiek! Wymyślasz!”. 

Miłego dnia

Nieufny



Tagi: praca, życie, nuda, emocje, refleksje, melancholia
Tagi: praca, życie, nuda, emocje, refleksje, melancholia
nieufny 2012-05-23 06:25:59
skomentuj (30)
WSI SPOKOJNA. WSI WESOŁA...

Wydawałoby się, że będą to dni, jak wiele innych. Jednocześnie a może przede wszystkich wielkie święto…kto obchodzi 90-te urodziny? Z opowiadań rodziców wnioskowałem, że naprawdę będzie cała rodzina, wszystkie, wnuki i prawnuki. Rozczarowałem się. Byli Ci, którzy najczęściej przyjeżdżają na wieś – siostra babci z mężem i jednym synem (ktoś musiał ich przywieźć), ciotka - córka z rodziną, Sebastian z rodziną, kuzyn z rodziną, rodzice z Księżniczką i ja… Niewiele, a miało być tak hucznie. Jednak tradycyjnie musiało być. Obiad (najedz się do syta), msza w kościele (jedyny nie byłem) i później grill z wódką. Cóż, suchy kac, na który teraz cierpię jest efektem uczestniczenia w biesiadzie i widoku butelek z alkoholem, które nie raz przemykały przed moim nosem. Eh…Wszystko się skończyło. Teraz większość leczy kaca, pozornie pijąc kawę, czyli w rzeczywistości utrwalając go (ha, jaki teraz mądry jestem). Rodzice pojechali do Kielc z Księżniczką na pogotowie. Niestety dostała wysokiej temperatury, a ja próbuję skupić się i przelać wszystko „na papier”.

Wsi wesoła, wsi spokojna… czy jakoś tak. Inne czasy, inna wieś.  Oczywiście przy stole wspominaliśmy czasy dzieciństwa, nasze szaleńcze pomysły i dziadka z zasadami. Do dziś pamiętam, jak próbowałem uczyć kury fruwania, puszczając je do chlewa z maciorą. Do dziś pamiętam, jak dziadek zorientowawszy się skąd raptem u maciory pojawiły się pióra, wziął bat i przegonił mnie po całym podwórku, kończąc „rozrywkę” trzaskającego bata na moich nogach. Teraz to nie do pomyślenia, ale wtedy każdy respektował takie zachowanie starszego pokolenia, który był konsekwentny w wychowaniu dzieci i wnuków. Nie wspominam tego źle. Chyba przeciwnie. Dzięki podobnym zdarzeniom nabrałem szacunku do pracy, życia i natury. Teraz, mój ojciec stał się dziadkiem, który jest na tę chwilę najważniejszą osobą dla Księżniczki i choć nie biega z batem za wnukami to jest konsekwentny i zasadniczy, choć zdarza się rozpieszczać wnuki. Wieś już nie ta… Gdzie zwierzęta, które kiedyś pasły się na każdym polu? Cholera, mleko prosto od krowy i kromka chleba ze śmietaną i cukrem? Eh. Zmieniło się zbyt wiele…

Krajobraz przepiękny. Z najwyższego miejsca we wsi widać horyzont z każdej strony. Jakieś kominy, góry, krzyż. Przydały się prezenty chrześniaka. Gdy wstałem w nocy, wyszedłem z lunetą i patrzyłem w niebo. Czytelny gołym okiem wielki i mały wóz itp.

Tęsknie za takim miejscem, ale z drugiej strony przeraża mnie cisza, która całe szczęście jest zagłuszana przez świerszcze i jakieś ptaki mające gniazda w dachu domu. Spokój, cisza… Upragnione a jednocześnie przerażające. Zresztą kiedyś miałem dom, działkę, drzewa, lasy i pola wokoło. Było i nie ma. Na moje nieszczęście nie potrafiłem tego docenić i uciekałem w swój pijacko-narkotyczny świat, zapominając o wszystkim, co piękne. Może, dlatego, takie skrajne emocje mną targają?

Dzisiejszy dzień, choć nerwowy, pięknie rozpoczęty – kawą na tarasie o 5.30 rano, kiedy wszyscy spali i słychać było poranny śpiew ptaków a w nogach leżał pies rodziców.

Czy odpocząłem? Chyba tak…

Częściej? Nie sądzę. Już nie dla mnie. Wolę zacisze ogrodu Pana B., towarzystwo szczerych ludzi, którzy choć obcy, bardziej są rodziną i widok biegających po ogrodzie kotów i Kropki i świadomość, że w domu biega jeszcze Lucjan (a ten dopiero pokazuje… ).

Nieufny

Ps. Do komentarzy odniosę się później, bo na necie jestem na chwilę. Znalazłem chwilę, by skryć się w odległym miejscu od rodziny i napisać kilka słów

Ps. Może później jeszcze napiszę o pobycie...



Tagi: rodzina, przeszłość, relaks, natura, wieś, menażeria
Tagi: rodzina, przeszłość, relaks, natura, wieś, menażeria
nieufny 2012-05-20 09:19:50
skomentuj (17)
BÓJKA ... - zdarzyć się może nawet w przychodni...

Dbając o zdrowie (a może panikując w tej kwestii?), regularnie pojawiam się u lekarza. Przychodnia spec(yficzna)jalistyczna zwana przeze mnie SPA jest miejscem do którego przyzwyczaiłem się. W moim życiu wiele widziałem i chyba nic mnie nie zdziwi. A jednak… w ostatni poniedziałek poczułem rozbawienie, zażenowanie, złość i wściekłość i było mi wstyd. Niestety, muszę przyznać, że uzależnieni to w pewien sposób inni (dziwni?) ludzie. Nie, nie oceniam nikogo, tym bardziej siebie. Jednak nie do końca trzeźwiejący narkoman, trwający w nałogu przez zażywany metadon ma swoje specyficzne zachowanie, często mówi głośno, zapominając, że nie jest sam w pomieszczeniu, ma problemy z zachowaniem spokoju. Podobnie jak nietrzeźwy, w którym budzą się najgorsze emocje, objawiające się nieoczekiwaną agresją.

Tłum ludzi i przede wszystkim wiele nowych twarzy. Większość, jak się później okazało, stanowiły osoby, które przyszły na anonimowy test a tu…

Dziewczyna (nazwijmy ją Basia) wróciła z oddziału SPA, przestraszona sytuacją, w jakiej się znalazła. Okazało się, że idąc na oddział nie można korzystać z przychodni. Zawsze tak było, ale wtedy wzięcie metadonu i leków ARV nie stanowiło problemu. Teraz już chyba tak nie jest a dla będących na terapii metadonowej mogą być to chwile nie najspokojniejsze. Jakby nie było metadon zastępuje im narkotyki (to już inna historia i jestem w tej kwestii laikiem, niedoświadczającym na własnej skórze). Basia bardzo żywiołowo i głośno opowiadała to swojej koleżance i koledze „po fachu”, którzy czekali jak inni na wizytę w gabinecie. Nie podobało mi się takie zachowanie. W takich sytuacjach mimo rozdrażnienia staram się nie odzywać, a jeśli nie milczę, wypowiadam odpowiednią kwestię w sposób zadziwiająco spokojny i wysoce kulturalny (?) jak dla mnie. Przed powrotem Basi do przychodni wszedł mężczyzna będący bardzo „wczorajszy” lub świeżo pod wpływem alkoholu (nazwijmy go Zenek). Zdradzały go nie tylko oczy i bełkotliwe wypowiedzi, ale przede wszystkim chwiejny krok. Na żywiołowość Basi nikt specjalnie nie reagował, aż w pewnym momencie … nie wytrzymał Zenek. Krzyknął, żeby się nie darła, bo nikt nie musiał słuchać jej bredzenia (z tym zgadzałem się nie tylko ja). Przeprosiła. W pewnym momencie oboje przestali panować nad swoimi emocjami. Najpierw „ruszyły” złośliwe i obraźliwe teksty, aż po chwili doszło niemalże do rękoczynów! Najpierw wszyscy obserwatorzy zareagowali słowami. Kilka sekund później z innym chłopakiem rozdzielaliśmy Zenka i Basie. Oczywiście nie obyło się bez gróźb z ich strony, z których kompletnie sobie nic nie robiłem, ryzykując razem z kolegą pobicie (jeden cios i ponoć torbiel może doprowadzić do końca…). Wiedziałem jednak, że z człowiekiem uzależnionym nie warto nawet dyskutować. Nie obyło się również z naszej strony straszeniem tamtych dwojga lekarzem, ochroną i policją. Pielęgniarki i lekarz nie reagowali, przyzwyczajeni chyba do takiego zachowania. Zresztą osobiście, nie pierwszy raz uczestniczyłem w takiej sytuacji. Jednak my… ale Ci – nowi… To, co usłyszałem za plecami bardzo zabolało: „Cholerni narkomani i pedały…co ja tu Qrwa robię?”. Obróciłem się i powiedziałem: „Właśnie! Pytanie, – co tu robisz? Jak widać, nie tylko pedały i narkomanii są zakażeni, jeśli nie „zasilasz” tych grup? I zwróć uwagę na to, co i gdzie mówisz. Masz pecha – słyszał to narkoman, alkoholik i gej i …”. Wcale lepiej się nie poczułem. Bardziej byłem zły na Zenka i Basię, głównych uczestników zajścia. Niestety, potwierdzili stereotypowe myślenie ludzi o zakażonych HIV. Oddałem papiery do rejestracji, umówiłem się na wizytę za tydzień, by dowiedzieć się o wynikach RTG płuc i szybko wyszedłem. Chciałem uciec. Po chwili znowu zrozumiałem, że przed niczym i nikim nie ucieknę…

To moje życie. A zdołałem je naprawdę spartaczyć …

Akurat wczoraj dostałem maila z prośba o wypełnienie anonimowej ankiety „Życie z plusem”, w której jednym z punktów była prośba o zaznaczenie stwierdzenia, z którym się zgadzam.

Tak… sam jestem winien swojego zakażenia; z HIV się nie wygrywa, ale można z nim żyć; świadomość zakażenia pozwala zrozumieć, co w życiu jest ważnie; HIV nie wybiera, może zakazić się każdy; HIV staje się codziennością, gdy człowiek przyzwyczaja się do życia z nim; HIV to nie koniec świata, tylko kolejny etap w życiu; HIV zmusza do refleksji i ustanowienia nowych priorytetów… Innych nie zaznaczyłem, nie uważając m.in., że HIV to wyrok. Czasami zastanawiam się czy rzeczywiście tak myślę, czy chcę po prostu normalnie żyć, nie obciążając swojego i tak wysokie poczucia winy i niskiej samooceny.

A z milszych (?) spraw…

Uzyskałem na kolejne dwa lata orzeczenie o znacznym stopniu niepełnosprawności. Dzięki temu czuję się bezpiecznie o tyle, że gwarantuje mi pobieranie renty, nawet, jeśli nie znajdę pracy. A pracy szukam i nic… Jednak codziennie powtarzam sobie, że nie może być gorzej, w co nie zawsze udaje mi się wierzyć. Jutro jadę na wieś, na 90-te urodziny babci. Po dwóch latach pojadę w miejsce, które kiedyś było dla mnie bardzo ważne. Spędzałem tam prawie całe wakacje będąc uczniem podstawówki. Miłe wspomnienia, często związane z naturą, a zwłaszcza ze zwierzętami. Ciekawe, jak będzie?

Nieufny



Tagi: przeszłość, emocje, człowiek, gej, uzależnienia, spa, lekarze, hiv, aids
Tagi: przeszłość, emocje, człowiek, gej, uzależnienia, spa, lekarze, hiv, aids
nieufny 2012-05-17 14:04:48
skomentuj (25)
KOMUNIA NR 2 - ostatnia, kolejna za kilka lat...

Tym razem kościół mniejszy i zdecydowanie inny niż poprzedni, w małym miasteczku. Powiedziałbym rodzinny, bo nawet na witrażach wyróżnieni zostali ich fundatorzy. Gdybym miał opisać całą komunię kilkoma słowami, to: „Zagrana sztuka, nieźle wyreżyserowana, w kilku odsłonach, z kilkoma wpadkami. Ale czy mniejszy cyrk niż poprzednia komunia? Nie wiem”.

Znienawidzony chyba przez wszystkich proboszcz zrobił na mnie ogromne wrażenie. Facet ma podejście do dzieci. W kazaniu wygłoszonym na mszy, zaprosił czterech chłopaków i cztery dziewczyny na miejsce przy ołtarzu. Tam tłumacząc, czym jest ciało i krew Chrystusa, podzielił się z nimi chlebem. Tłumacząc stosował niesamowicie proste porównania, które rzeczywiście mogły trafić w serce dzieci i po raz kolejny wyjaśnić im, jakie ma znaczenie wiara. Rewelacyjny wywód, zakończony … niestety wpadką według mnie i jak później okazało się, nie tylko ja zwróciłem na to uwagę. „Dzieci, spożywając ciało Chrystusa będziecie mądrzejsi i silniejsi niż inni” – powiedział. No, odebrałem to… nie potrafię opisać jak. Byłem trochę zszokowany mydleniem oczu i wpajaniem największej bredni pod słońcem. Zrozumiałbym, gdyby powiedział to jeszcze raz, ale nie porównując do innych. Choć z drugiej strony, ponoć Ci, którzy wierzą są rzeczywiście silniejsi – pomyślałem później. Może lepiej, żeby wierzyły w cuda i siłę wiary, ale nie koniecznie kościoła? Może będzie im łatwiej w życiu?

Kościół należy do tych mniejszych. Chyba jakieś dwadzieścia ławek, mieszczących po 6 dorosłych osób. Wydzielono ławki dla rodziców, chrzestnych i niewiele pozostało dla innych gości. Całe szczęście siedziałem po lewej stronie kościoła, więc widziałem wszystko prawym okiem. Chyba dwójka dzieci podczas występów komunijnych i deklinacji jakiś wierszy czy formułek, popłakała się, bo zapomniała tekst. Szkoda mi dzieci, bo ta cała impreza, nie licząc już samego spotkania rodzinnego była ogromnym stresem. Rozmawiając z Matim, widziałem jak bardzo przeżywał cały „występ” kościelny, zwłaszcza jak opowiadając na zmianę z rodzicami, denerwował się, wspominając ostatnie bezsenne noce. Choć materialista, cały czas jest uczuciowy (jeszcze). Były oczywiście też sympatyczne i śmieszne momenty, ale bardziej związane z rozmową dzieci z księdzem. Naprawdę, byłem pod ogromnym wrażeniem.

Wróciwszy po mszy, do domu, zostaliśmy przywitani przez panie z firmy cateringowej. Stół zastawiony, na który od razu rzucono rosół, zamiast kawy… Jedzenie było gorsze niż na komunii Piotra, ale nie można było narzekać. Kobiety z mojej rodziny lubią eksperymentować w kuchni, ale do mężczyzn raczej przemawia zwykłe, tradycyjne jedzenie. Cóż, nie każdy jadł solę w sezamie, z boczkiem na wykałaczce. Poza tym, główne dania, jak zawsze w akcjach cateringowych było albo niedoprawione, albo wysuszone. Zresztą, ja dzieliłem się wszystkim z bratem Mirkiem i jego Księżniczką, chcąc wszystkiego spróbować. Wiecie, jednak doceniam zaangażowanie rodzin w organizowaniu takich przyjęć. Wiem, że wiąże się z tym wiele pracy, ale jednak domowe jedzenie, robione przez matki, ciotki czy babki lub grono męskie było dopełnieniem rodzinnej atmosfery. Teraz, by być bliżej rodziny, załatwia się usługę cateringową. No, ale… przypomniała mi się moja komunia…

Rozmowy przy stole sprowadzały się do tematów ogólnospołecznych, które w dwóch przypadkach doprowadziły do ostrej wymiany zdań. W końcu, by załagodzić sytuację powiedziałem kawał, który oczywiście zepsułem, ale dzięki temu zmieniłem temat.

Komunia była bezalkoholowa na życzenie Matiego, a nie jak Matula wciskała kit „dla Ciebie jest komunia bez alkoholu”. Obie z bratową Agnieszką potrafią jednak namieszać. Ah… kobiety, kobiety…

Nie będę pisał o prezentach, ich wartości i reakcji chrześniaka. Poddaję się w tym temacie. Swoje zdanie mam i będę się go trzymał. Niestety, nie wiem skąd i dlaczego, Mati rośnie na materialistę. Kiedy chrzestna zapytała go o prezent, wyjaśnił, że woli kasę na paliwo do quada. Ręce mi opadły, jak to usłyszałem. Cóż… nie moje dziecko. Nie spodobało mi się, że quadem została przewieziona Księżniczka i Piotrek, bez zgody ich ojca Mirka i matki Oli. Decyzję podjął Sabek – ojciec Matiego. Oczywiście, nie byłbym sobą, gdybym nie wyraził swojej dezaprobaty, wiedząc i widząc, jak wzburzony jest Mirek. Mnie wypadało, a oni nie chcieli kłótni. Uszczęśliwianie na siły dzieci? Mirek i Ola mają zasady i są konsekwentni w wychowaniu, a Sabek potrafił zburzyć to w ciągu minuty. Pomijam fakt, że Księżniczka skakała do góry z radości, kiedy powoli jej starszy kuzyn przewiózł ją quadem.

Po obiedzie, razem z Mirkiem i Olą „szaleliśmy” z dzieciakami na piętrze, grając większość czasu w „piłkarzyki”. Zabawne, najbardziej było słychać mnie i Mirka. A dzieciaki, widząc „zwariowanych” wujków, skaczących z radości po strzelonej bramce, wprawiała ich w osłupienie i śmiech. Niełatwo jest wygrać z dziećmi…

Było fajnie, choć momentami nudno.

Jedna osoba – druga babcia Matiego, zepsuła na końcu wszystko. Nie wytrzymała i poprosiła o drinka. Myślałem, że ją zabiję…

Nieufny



Tagi: rodzina, religia, wiara, emocje, kościół, refleksje, komunia
Tagi: rodzina, religia, wiara, emocje, kościół, refleksje, komunia
nieufny 2012-05-14 06:10:14
skomentuj (65)
"KOCHASZ MNIE...?" - nie potrafimy okazywać sobie uczuć?

Wyjechałem wcześniej, specjalnie na prośbę Matuli. Jazda pociągiem okazała się być wyzwalaczem, napędzającym w temat alkoholu. Przestroga przed resztą dnia i niedzielą? Siadłem wygodnie i poczułem odór alkoholu. Zorientowałem się po chwili, że dwaj panowie niewiele młodsi ode mnie byli po imprezie, totalnie nietrzeźwi, że dawali się we znaki wszystkim, na tyle, że ludzie ze strachu przesiadali się. Siedziałem, patrząc przez szybę, wpatrując się w te same widoki, co tydzień. Przysypiałem, gdy nagle wybudzała mnie hasał – a to krzyk i głośna rozmowa, a to skakanie po pociągu. Myślałem, że nie wytrzymam. W końcu, w połowie drogi zasnęli, zajmując po dwa siedzenia, na których się rozłożyli, nie zwracając uwago na innych pasażerów. Konduktor kilka razy przechodził, nie zwracając uwagi. W całej tej sytuacji rozbawiło mnie jedno. Dyskusja kolegów o przyczynie podróży: „No, bo wiesz – zaczęli mówić do mnie – mój brat dostał wpierdol. Jedziemy z Łodzi, że odegrać się na jego koledze i też mu wpierdolić”. Nie wdawałem się w dyskusję, cały czas powtarzając sobie, że w końcu dadzą mi spokój. Przyglądałem się, potakując. W pewnym momencie usłyszałem rozmowę jednego z nich z rodziną – najpierw kobietą, później córkę. Dziecko chyba malutkie, bo mało rozmowne albo facet nie rozumiał jej własnego języka, może nie przebywał z nią na tyle, by rozumieć. W pewnym momencie usłyszałem: „Tatuś bardzo Cię kocha. Bardziej niż Ty go kochasz. Kochasz tatusia? No, powiedz, bo tatuś musi to usłyszeć od ciebie teraz.”. Czy rodzice zawsze wymuszają okazywanie miłości? To nie pierwsza taka sytuacja. Przyjaciółka Pana B. ciągle wymusza na swojej córce okazywanie miłości do matki, czym mnie bardzo irytuje. Nie twierdzę, że to złe, ale bez przesady… Ileż można? Dziecko przecież potrafi bardziej okazywać emocje i to te prawdziwe, niż nie jeden dorosły, ale takie wymuszanie? Zresztą, chyba owocuje to w dorosłym życiu. Nie będąc pewnym własnych uczuć i jeszcze bardziej – uczuć partnera, ciągle dopytujemy się, co czuje. Czy nie wzbudzamy w nim poczucia winy? No, bo przecież, nie okazuje miłości, jakbyśmy chcieli i wręcz mamy o to pretensje, żądamy potwierdzenia miłości. To chore… O zgrozo! Ja też taki byłem i czasami jestem… Jak wpadam w jakiś dół, to Pan B. już wie, że będzie akcja pt. „Misiu, Ty mnie nie kochasz…”. Totalna bzdura, czego jestem świadomy, a jednak… lepiej się czujemy, kiedy ciągle słyszymy same pochwały… eh

Wiedziałem, że w sobotę u rodziców będzie brydż. Każdy jest zakrapiany alkoholem. Nie małą ilością… Matula zapewniła mnie, że już tyle nie piją. Stąd moja decyzja o wcześniejszym przyjeździe do domu. Z przyzwyczajenia i z głodu, swoje pierwsze kroki skierowałem do kuchni, do lodówki. Z reguły jest pusta i wtedy mam czas na pójście do sklepu, by coś jeszcze kupić dla siebie. Otwieram i … oczom nie wierzę! Dwie butelki 0,7 wódki. Obie poszły…

Dosyć mam wyzwalaczy alkoholowych. Ponoć dzisiaj, impreza komunijna bez alkoholu. Ciągle wszyscy wokół powtarzają, że specjalnie dla mnie! By wujek dobrze się czuł… Jestem wdzięczny za takie stanowisko i  podejście, ale… Komunia i każda impreza związana ze świętem dziecka powinna być bezalkoholowa!? Ciekawe, jak dzisiaj będzie…

Oczywiście, to moje przemyślenia, nawet, jeśli pisałem w innej osobie niż JA…

Miłej niedzieli

Nieufny



Tagi: miłość, dziecko, alkohol, refleksje, uzależnienia, komunia
Tagi: miłość, dziecko, alkohol, refleksje, uzależnienia, komunia
nieufny 2012-05-13 06:22:00
skomentuj (7)
LUCJAN - "wyzwalacz" dobrych emocji...

Majówka. Dwa dni wolnego. Dwa dni lenistwa, w czasie, których kompletnie nic nie zrobiłem. Na zmianę czytałem i spałem, nie panując nad tym ostatnim. Po przebudzeniu wpadałem w poczucie winy, denerwując się swoją bezmyślnością i nie wykorzystaniem wolnego czasu na łonie natury. Zresztą, za każdym razem po przebudzeniu zastanawiałem się gdzie jestem i co złego zrobiłem. Tak już zostało po okresie pijactwa i ćpania. Budzę się i rozglądając się naokoło próbuję się zorientować w sytuacji. Pierwsza myśl: ile wypiłem? Eh. Przeczytałem dwie książki, o których opinie na Nieufnym-Cenzorze ukażą się pod koniec tygodnia.

W czasie tych dwu wolnych dni stałem się obserwatorem menażerię, jej poczynań i zabaw, do których pobudzane były przez Pan B. i „szwagierkę” Kasię.

Lucjan – mój/nasz nowy nabytek – szynszyla, codziennie, z samego rana wypuszczany jest z klatki. Stoi w otwartym okienku, na cienkim drucie klatki, balastując sprytnie swoim ciałem, nie dając się grawitacji. Po skoku z klatki, przysiada na chwilę, jakby orientując się w sytuacji, wyłapując szklistymi oczkami koty. Widząc moją ulubioną kotkę – Zebarkę, czeka na jej podejście i swoimi szybkimi skokami, ucieka pod łóżko lub biurko. Zaczyna się gonitwa od pokoju do pokoju i czatowanie pozostałych kotów, obserwujących Lucjana.  Większy niż szczur, szary, ze świecącymi oczami, z ADHD …. Ostatnio w w „marcującej” Żabce wzbudził matczyne uczucia. Próbowała go złapać za kark i przenieść w bezpieczne miejsca. Była bardzo zdziwiona, że ciężar Lucjana uniemożliwiał jej to, tak, jak również wydawane przez niego dźwięki obronne. Do tej pory nikt nikomu nie zrobił krzywdy i chyba nie zrobi. Koty i suczka Kropka zaakceptowały Lucjana, a on dobrze się nimi zabawia. No, jedynie hrabianka Miśka – persica całą gębą dała wyraźnie do zrozumienia Lucjanowi, żeby schodził jej z drogi. Niestety on, uparcie potrafi siedzieć na łokietniku fotela i patrzeć na śpiącą Miśkę, czym doprowadza ją do szału i wzbudza dzikie pomruki.

Cały czas Lucjan pokazuje się od prawdziwej strony. Najbardziej reaguje na „szwagierkę”, do której podchodzi bez obawy. Gdy kładzie go na siebie albo wpuszcza pod bluzkę, na piersi, Lucjan jakby zanika. Chyba bicie serca, zapach powoduje, że nagle się uspakaja i potrafi zasnąć. Ostatnio Kasia obserwuje go i krzyczy: „Mister Bobek. Widzę Cię. Uciekaj z mojego pokoju”. Dwa powody takiej reakcji – Lucjan odnajduje książkę z anatomii i delektuje się jej kartkami, gdziekolwiek ją położyć i zostawia wszędzie po sobie ślad – bobki (stąd Mr.Bobek). Wiedząc, że Kasia go pogoni, skacze do kwiatków cebulowatych na parapet, skubnie je i ucieka w popłochu, widząc zbliżającą się „szwagierkę”. Nie zmienia to aktu, że stał się kolejnym członkiem rodziny.

Widok biegających zwierząt podnosi mnie na duchu. Ich beztroska i poczucie bezpieczeństwa wzbudzają uczucie lekkiej zazdrości. Zawsze fascynował mnie świat zwierząt, stąd chyba wybór kierunku w liceum. Tak, eks księgowy po profilu biologiczno – chemicznym. Ironia losu, prawda? Zresztą, każdy artykuł i film o zwierzętach wzbudza wiele emocji, często skrajnych. Współczucie tych zwierząt, które cierpią z powodu bezmyślności ludzi i zazdrość, że często mają lepiej od nas. Czy dobrze czulibyśmy się nie dbając o faunę i florę? Jakby nie było, jesteśmy jednym z ogniw układu pokarmowego. Może łatwiej nam jest zrozumieć siebie, pomagając naturze? Oby tak było, bo jak każdy wie jest wiele sytuacji, kiedy człowiek staje się bardziej „zwierzęcy” niż same zwierzęta. One nie zabiją dla rozrywki. A my?

Boleję nad jednym jeszcze. Odkąd biorę dużą ilość leków, w tym ARV, zwierzęta podchodzą do mnie z rezerwą. Chyba wyczuwają chemię, niestety. Poza tym moje, ciągle drżące ręce wywołują pewien niepokój w ich zachowaniu. Ponad rok koty przekonywały się do mnie, przyzwyczajając i dostrzegając, że nie chcę nim nic złego zrobić. Staram się powoli odstawiać niektóre leki, ale większość będę musiał brać. Prócz tego, cukrzyk inaczej pachnie a zwierzęta z pewnością bardziej to czują niż ludzie.

No i kolejna refleksja, która już dawno się nasunęła. Dziecko powinno mieć zwierzę. Wiem, bardzo wiele dzieci jest alergikami, ale przecież nawet rybki w akwarium czegoś uczą. Nie chodzi tylko o przyjemność, choć widok rybek w bulgoczącej wodzie odpręża. Te sytuacje uczą też poczucia obowiązku i współczucia, życia w naturze itd. Wszystko zależy od rodziców znowu, prawda?

Nieufny



Tagi: rodzina, dzieci, miłość, emocje, refleksje, pan b., aids, menażeria
Tagi: rodzina, dzieci, miłość, emocje, refleksje, pan b., aids, menażeria
nieufny 2012-05-11 03:43:40
skomentuj (19)
stat4u B l o g i   g e j ó w